Zwiedzanie Jaipuru, różowego miasta

Zwiedzanie Jaipuru, różowego miasta, tak je potocznie nazywają. Spotkała nas już tylko czysta przyjemność z podróży po Indiach. Prócz załatwienia Jeepa z biura podróży, zaproponowali nam nocleg w Rajputana Haveli. Hotel jak hotel, czysty, tani i dodatkowo mieliśmy śniadania w pakiecie. Cena – jakieś 30-40 zł za noc. Dzięki temu mieliśmy komfort psychiczny, że nie musimy nic szukać na miejscu i możemy się skupić na rozpoznaniu terenu i zwiedzaniu. Przyjechaliśmy niewyspani, ledwie żywi koło godziny 12. Szybkie 4-5 godzin snu i ruszyliśmy w miasto. Co się okazało, że koło godziny 17-18 już robiło się ciemno więc nasz wypad skończył się na lokalnej przekąsce i zakupach. Tak minął pierwszy dzień.

Zdaliśmy sobie sprawę, że musimy wycisnąć z tych dni najwięcej ile się da. Po śniadaniu, koło 9 ruszyliśmy w drogę tuk tukami do całego kompleksu Amber fortu. Piękny kompleks do zwiedzania za tylko 100 rupii.



Wszystko ładnie pięknie…

tylko jedna rzecz tutaj nie pasowała – Słonie, a dokładniej wjazd w 40*C kilometr pod górę na wyższą część fortu. Niestety braliśmy pod uwagę tą opcję, że „przejedziemy” się na słoniu… Na szczęście chwila moment, pomysł wyparował nam z głowy widząc ten obrazek.

Nie dość, że kolejka sięgała blisko 200 metrów, jak wspomniałem było 40*C a na dodatek ta „usługa” podrożała z 900 do 1100 rupii. Chore, straszne i obrzydliwe co ludzie robią.. dla pieniędzy. Po tym wszystkim udaliśmy się do centrum. W planie był Hawa Mahal czyli pałac wiatrów. Piękny budynek z czerwonego piaskowca i fasadą od strony ulicy.

Hawa Mahal - JaipurGorąco polecam zakupy tuż obok na Hawa Mahal Rd, sporo małych i dużych straganów z ciuchami, butami i pamiątkami, które warto kupić za grosze. Pamiętaj o targowaniu się ! 🙂 Nie zapomnę sytuacji przy jednym ze straganów kiedy podchodzi do nas sprzedawca i nagle po polsku „Mam taniej niż w Biedronce”. Pozdrowienia dla nauczycieli 🙂 Spacerując w poszukiwaniu jakieś restauracji odwiedziliśmy jeszcze Albert Hall Museum. Typowe muzeum, chodź przyciąga czymś swoją uwagę.

Kolejnym punktem na naszej mapie było zdobycie biletów lotniczych do Varanasi. Przy słabo działającej mapie i przewodniku, szukaliśmy i szukaliśmy punktu JetAir. Mając trochę szczęścia, znaleźliśmy budynek, korzystając jeszcze ze szczęścia trafiliśmy tam chwile po 14. Niestety pracownik wychodził już do domu, ale chwile porozmawialiśmy i bingo, pomoże nam. Ponownie otworzył drzwi do biura, zaprosił nas i pomógł nam kupić bilety. W podziękowaniu zostawiliśmy mu drobnego tipa i ruszyliśmy w drogę, w stronę hotelu.



Świątynia Galta Ji i małpy?

Kolejny i ostatni dzień już z plecakami ruszyliśmy w drogę do świątyni Galta Ji. Z tego co nam wiadomo było nazywana także świątynia małp. Po wyjściu z hotelu, łapiemy naszego tuk tuka i pytamy się „Mankey temple” i Galta Ji, pierwszych 3 kierowców nie ogarniało zbytnio tematu jak i angielskiego. Oczywiście po chwili kolejni chętni się znaleźli by nas podwieźć i Ci już wiedzieli gdzie chcemy się dostać. Z plecakami 12-16 kg ruszyliśmy, na oko jakiś 1km w górę. Przy piekielnym słońcu z krótkimi przerwami dotarliśmy na szczyt z myślą, że jesteśmy na miejscu okazało się oczywiście, że jednak nie. Czekał na nas kolejny kilometr stromego zejścia. Piękne widoki na cały Jaipur, jak i na dolinę po drugiej stronie góry.

Droga powrotna z doliny była już istną męczarnią, coraz częstsze przystanki, słońce pali niesamowicie i ciężar plecaków robił swoje. Schodząc już z góry, sprawnie nam poszło złapanie tuk tuka. Ruszyliśmy w drogę do dworca autobusowego, gdzie kupiliśmy bilet do New Delhi. Korzystając z okazji ze mieliśmy jakieś 2h do odjazdu. Zrobiliśmy szybkie zakupy, zjedliśmy coś ulicznego i wypiliśmy sok z świeżo wyciskanej trzciny cukrowej.
Najgorzej! Przy okazji odkryliśmy jak hindusi leją kranówę do czystych butelek. Zakręcają ją zgrzanym korkiem, po czym wyglądała jak woda prosto ze sklepu… Zakładam, że problemy jelitowe gwarantowane 🙂



…i tak cudowny czas w Jaipurze minął. Nic nam innego nie pozostało jak ruszyć ponownie w drogę do New Delhi. Z kierowcą, który chyba nie zdawał sobie sprawy, że wiezie około 40 pasażerów. Dosłownie takie indyjskie: Szybcy i wściekli wersja autokarowa. 🙂
                                                                                       Co dalej ? Waranasi czy Jaipur?

Uwaga czytelnicy:
Pierwsze posty na blogu są bardzo amatorskie
i powstawały bez większego zastanowienia.

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.